wtorek, 8 grudnia 2015

Grudniową nocą

Baldachim błyszczący na ciemności granacie,
odbija swe światło w prześcieradle z śniegu.
Jodłowe świeczki stoją jak na warcie,
gotowe spłonąć, niż wyrwać z szeregu.

Skrzypi to łóżko i świeci się zadaszenie,
jakbym mu przeszkadzała w istnieniu.
Więc oglądam cicho to przedstawienie,
idąc po ciemku w jodłowym cieniu.

I słucham tej ciszy krnąbrnej,
co magią mi mówi stare baśnie:
o potoku, moście i drodze krętej.
Wszystko mi powie nim księżyc zaśnie.

Tędy był podróżnych dziwadeł
przejazd jedyny, przez dwa zamczyska.
I ten oto strumyk perfidny diabeł
zamienił w żelazne urwiska.

A drogę poplątał , nicią złej Ariadny,
że Dziweł znalazł się w innym miejscu:
gdzieś pod wrotami do piekieł czarnych.
Spotkał diabła od razu przy wejściu.

Tak zaciągnął wszystkie dziwadła do groty.
Zamknął je szczelnie w zdobionym pudełku,
i ma je zawsze przysięgam do joty,
gdy go spotykam, przy rzeki źródełku.

Zmienił to wszystko za sprawą Pana.
Wypuszcza je zawsze grudniową porą.
Śmiejąc się, pijemy razem szampana,
bo to ja jestem Panną Dziwadłową

Na tym łożu bym padła na wieczność,
wielbiąc je mimo zimna jak Hiob.
By dotrwać do chwili dającej radość,
leżąc odkryta i goła jak głąb.

Wiatr przeniknąć chce niczym duchy,
chucha lekkim, znudzonym ziewaniem.
Otwiera swe usta, dodając otuchy
mi gdy wracam do domu nad ranem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz