środa, 29 lipca 2015

Ukołyszą mnie do snu

Igły tańczące sosnową balladę
Świerszczące wieczorne trawy
Zboża ustawione jak na paradę
We mszy pełni gwiazdy zza nawy

Gruchające gołębie pożegnania
Wołacz echa oddalający się w dal
Oddechy kwiatów skrywania
Wdziewające swój płatków szal

Jęki niedomkniętych starych drzwi
Piski coraz cichsze z kurnika
Wszystko to dziś zwierza się mi...
Wszystko to dziś we śnie znika...

sobota, 25 lipca 2015

Czas pozytywistów

Spojrzenie na cel oczyma przez lunetę swoich celów
Dążenie do utopii egocystycznej takiej własnej
Chorobliwe pieniactwo i brak bohaterów
Świadomość zamknięta w małej klatce ciasnej

Korzyść goniąca korzyść nie mająca końca
Za ewentualnością ponad stan swój wyjścia pościg
Fałszywa filantropia dobra nie znająca
Szorstkość stosunkowa dla tych co bez włości

Zawiązana sznurem z bogactwa i pieniędzy
Owinięta kamizelką chwały dla przodków
Skuta kajdankami chamstwa i niewiedzy
Zatrzaśnięta w labiryncie myśl pozytywistów

piątek, 24 lipca 2015

Szalik

Gdy tylko gęsiej skórki nadejdzie sezon
Białe tumany zasp nas odwiedzą
Z lubością kochany ja Ciebie wyciągam
Zakładam wokół szyi delikatnie pociągam

Co widzi oczu Twój miliard ze sznurków?
Co słyszą uszy Twoje na ramieni pagórków?
Co czują dłonie Twoje głowę trzymając?
Co wchłania nos Twój perfumami odurzając?

Widzisz mnie nagą nad wanną życia
Przy Tobie słów moich czynna dzwonnica
Błahostek analiz pełna ciężka głowa
Potu nagrabiona śmiatka, łez podłoga

Gdy czekolady ciemnej delikatna poświata
Wyleje się otoczy jak więzienna krata
Ty biedaku we wspomnień stęchliźnie
Leżysz płacząc rzewnie i bezczynnie

Co wtedy widzą oczy załzawione?
Co wtedy słyszą uszy wyczulone?
Co wtedy czują dłonie w pragnieniu?
Co wtedy wchłaniasz w kurzu otoczeniu?

Pewnie ciemności no tak prosta sprawa
Słyszysz jak radość za drzwiami się stwarza
Czujesz słodką nostalgie chropowatą złość
Dusisz się czekając aż przyjdzie mój głos

Otulasz miękkością śpiworze z mchu
Na każdy słońca wschód lecz nie do snu
Czekasz jak pies cierpliwie pod domem
Na Panią szaliku utkany niepokojem..

Maestria

Nagle światło dnia lub światła nocy
Prawa lewa jestem i przecieram oczy

Czas szczebel przejść drabiny poety
Wygnać minione senne bankiety
Półki z myślami książek zasnutą głowę
Poukładać muszę i wykurzyć z połowę

Czas wdziać bawełniane spodnie
Uśmiech też to jest istotne
Zamaskować szpetotę delikatnie trzeba
Umyć ząbki, zjeść kawałek chleba

Czas kurz zmiecić i podłogę
Nikt nie powie „ja pomogę”
Poumywać wszystko w zlewie
Śpiewać głośno gdy nikt nie wie

Czas podłączyć krupkę dużą
Wiadomości zawsze służą
Pogodynka coś tam mruczy
Że na polu śnieżek prószy

Czas już obiad przygotować
Łyżki noże naszykować
Zaraz przyjdą domownicy
Winko schowam do piwnicy

Przyjdą zjedzą poplotkują
Zemstą zdradą poprzejmują
Potem pójdą sobie w świat
Ja znów z miotłą za pan brat

Polna droga

Wśród ścieżek zadumy wybrałam jedną
Poszłam tą drogą prostą jakże piękną
Po małych chmurach kamieni chodzę
Nad nimi w oddali jakby ciemne morze

Pomiędzy karczmy miłości człowieczej
Słynące z ociekania miodem i mlekiem
Pola miłości ziarnem zbóż obsadzone
Jak stara skórka owocu pomarańczowe

W tyle jest pełno boskich stworzeń
Są mi drogowskazem Edenu co dzień
Ogromem swym i siłą zachwycają
Lecz są i tacy co za nic je mają

Zieleni dotyk anioła mnie zbudza
Z zachwytu serce miękkie się odrywa
Ach to mały aniołek od mamy oderwany
Płacze prosi bym ukoiła jego rany

Pytałam go dlaczego to się stało?
Dlaczego życie jego połamano?
On uśmiechnięty kołysząc odpowiada
Szczęśliwy że ktoś z nim rozmawia

Mówił mi że mały jest troszeczkę
Ledwo stopami zagnieździł przestrzeń
Chciał tylko być tu i obserwować
Rękami swymi krajobraz malować

Lecz kiedyś odwiedził go diabełek
Powiedział : Wyciągnę Cię na spacerek
Teraz mi będziesz laską u nogi
Bronią strzegącą wśród polnej drogi

Ciągnął go z całej siły za rękę
Nie wiedząc że mały cierpi udrękę
Siłą urwał bezczelnie bez poproszenia
Ramię okaleczone nie do zaręczenia

Więc pamiętajmy Ci mali i duzi
Że zieleń czuje i tak samo się trudzi
Ona żyje choć wolniej i ma nadzieję
Że wielu z was jeszcze zmądrzeje

Przed senny maraton myśli

Najpierw biegną prostym torem jutra
Co tu ubrać podkoszulek czy futra?
Później w przód się wysuwając
Kocha czy nie kocha? Miłość jest jak zając


Dalej przez płotki marzeń muszą skoczyć
I uważać aby w codzienności się nie zmoczyć
A gdy już przeskoczą wszelkie bariery
Brną do mety przez moralności maniery

To jest on ten co przeżywasz co dzień
Nie zdajesz sobie sprawy z własnych wywodzeń
To taki przed senny maraton myśli
One biegną ciekawe która mi się przyśni

Proszę niech przyjdzie Wiosna

Porządnie przygotowana, iście cudnie jest ubrana
Włosy z mchu kręcone, oczy lazurowe, nos zadarty
Cała w skowronkach odziana, na obcasiku, drewniana
Bluzeczka, spódniczka z dębu, stokrotkowe zęby w kraty..

Jeżynowe ma paznokcie, chmurną skórę jak w dzień biały
Malinowo złote usta, do krwi zdarte kruche łokcie
Z wiatrem pędziła ile sił zagrodził drogę front mały
Tak oto majowym gajem lećcie bociany ją gońcie...

Niech no ja wam siły dodam nadziei oddechem lekkim
Jak Ikar choć wyżej wzlecieć musiałybyście zróbcie to
Dla mnie proszę niech się skończą dni słoty roztopy męki
Afirmujących naturę udręki niech odejdą stąd...

Tańczyć chcę z liśćmi wesoło wśród oceanu jej lasu
I chłonąć grzyby zawczasu co wyrosną późną porą
Śpiewać z sowami co mądrość rozdając nie szkoda czasu
Mi jakże cudnie gdy patrzę na serce co leśną korą

Otulone przygarbione czterema zmianami roku
Dobrze że się jeszcze trzyma nie ścięty ani zjedzony
Słucham szumi cicho do mnie że lęka trzęsie się mroku
Grafitowych złych powodzi nie chce grzmotem być strącony
Lecz pragnie być uwolniony Chce służyć mi się przeznaczyć
Inaczej nie umiem tego wytłumaczyć...

Luna

Delikatnie wychylasz się dając poświatę
Jednostajnie otaczasz swym majestatem
Oświetlasz drogę tym co właśnie zbłądzili
Zapatrzyli się w szczęście, zegarek zgubili

Kształt Twój idealny szkoda że nie Ciebie
Pan Jezus rozmnożył z gwiazdami na niebie
Chociaż dobrze żeś jest jeden zachwycasz
Kartki w kalendarzu co miesiąc przerzucasz

Małe palmki na Tobie ślad po doświadczeniu
Cierpiałeś swoje rany dumny w milczeniu
Widziałeś w przestworzach już tak wiele
Zapewne-pozwalam Ci-ze mnie się śmiejesz

Bądź mi ciągle choć tylko na kilka dni
Wytrzymię tyle dla takich pięknych chwil
Po morzu brylancików dalej płyń sobie
Nie myśl że ja przez Ciebie spać nie mogę